WOLONTARIAT - DLACZEGO WARTO POMAGAĆ?

W naszej parafii od ponad roku co miesiąc prowadzona jest Misja "Jesteśmy Razem". Wyjatkowy pomysł, który się zrodził w sercach kilku osób równocześnie - księży posługujących w naszej parafii i osób związnaych z naszą parafią zaowocował tym, że co miesiąc grupa wolontariuszy idzie do domów osób starszych i chorych by spędzić znimi czas na rozmowie, modlitwie i pomocy, a kolejna grupa osób angażuje się w kawiarenkę, w której osoby starsze mogą się spotkać na rozmowie, wspólnym śpiewaniu, zabawie, grach i pracach ręcznych przy pysznym cieście domowej roboty i kawie.
 
Kolejny rok, w który wkraczamy wymaga nowych sił i energii od wszystkich zaangażowanych już w pomaganie, ale także szukania nowych osób, które chciałyby się zaangażować w posługę. Szukamy Wolontariuszy do naszej Misji - chętnych do pomocy, do odwiedzin u chorych, do poprowadzenia ciekawej prelekcji czy spotkania w kawiarence, chętnych do pieczenia ciast! ZAPRASZAMY jeśli chcesz się przyłączyć - wypełnij ankietę pod linkiem https://goo.gl/forms/ukqjKuw2ysvYoGIh1 lub do pobrania pod tym linkiem: ANKIETA pdf
 
Zachęcamy także do lektury artykułu pt. "Jak Ogórki kiszone ukształtowały moją chęć pomagania?" - niech stanie się on dla Was inspiracją i pomoże podjąć decyzję by dać coś z siebie innym.

JAK OGÓRKI KISZONE UKSZTAŁTOWAŁY MOJĄ CHĘĆ POMAGANIA...

Wszystko zaczęło się od ogórków kiszonych, pachnących koprem i czosnkiem, nie za kwaśnych i nie za słonych, takich w sam raz, które tryskały na brudne ręce na suwalskim podwórku… ale może po kolei.

Gdy zaczęłam myśleć o dobroczynności, pomaganiu i wolontariacie okazało się, że znam bardzo wielu ludzi, którzy angażują się w pomaganie - w końcu pracuję w tak zwanym trzecim sektorze czyli w ngo’sach, które zajmują się pomaganiem Oczywiście zawodowo, półzawodowo, za pieniądze i w organizacji to można, ale tak bez pieniędzy, poza sektorem pewnie będzie trudno kogoś znaleźć - myślałam? Jednak jak się okazało bohaterowie mojej codzienności angażują się w CZYNIENIE DOBRA i są ludźmi o wielkim sercu. Rozejrzałam się wśród swoich bliskich i znajomych i doświadczyłam ogromu siły dobroczynności i wolontariatu.

BO TAK TRZEBA...

I tak pierwszy na myśl przyszedł mi mój tata, choć ma już ponad 70 lat znajduje czas by, choć raz w tygodniu uczyć matematyki i fizyki dzieci ze świetlicy środowiskowej prowadzonej przez Siostry na Tamce. Pomaganie tym trudnym dzieciom nie jest łatwe, bo bardziej niż nauka interesuje je na przykład, jak to jest być z kobietą i „co to jest właściwie ten seks” Jednak, gdy spytałam tatę, dlaczego to robi, walcząc o każda minutę nauki. powiedział tylko, „Bo tak trzeba” i tyle albo, aż tyle… imperatyw na tyle silny, że być może i w tym roku szkolnym ponownie zapuka do drzwi na Tamce....

Szukałam dalej myśląc sobie - mój tata to przede wszystkim człowiek starej daty, inaczej wychowany i ma czas jest przecież na emeryturze, ale młodzi ludzie? Młodzi ludzie na pewno mają swoje sprawy i w temat taki jak pomaganie zwyczajnie „nie wchodzą”

JA TO LUBIĘ...

I pojawiła się Sara moja bratanica. Dziś ma 20 lat, ale odkąd pamiętam jeszcze w liceum chodziła do schroniska dla zwierząt, by pomagać. Na moje pytanie, dlaczego to robi odpowiedziała „Ciociu ja to lubię!” Sama przyznała, że na początku chodziła trochę, dlatego by uciec z domu i odpocząć od licznych domowych obowiązków. Potem dla praktyki - Sara chciała studiować medycynę lub weterynarię, a w schronisku mogła dokonywać prostych zabiegów pielęgnacyjnych i opiekuńczych na czworonogach. Wreszcie sama nie wie, kiedy polubiła to „pomaganie” i zaczęła chodzi dla przyjemności! Dziś Sara studiuje medycynę, ma dużo zajęć, ale jak tylko ma czas wraca do swoich zwierzaków. Tata i Sara to przykłady krańcowo różne, bo wynikające z odmiennych motywacji. Jednak jak sobie tak myślę o tych przykładach to wiem, że tata nigdy nie poszedłby pielęgnować zwierzaków, a Sara nie chciałaby uczyć dzieci – więc być może w tych wyborach jest coś jeszcze jakieś pokłady zdolności i pasji… matematycznych czy innych.

„TRUDNE” POMAGANIE

Tata i Sara pomagali korzystając z tego, w czym czuli się mocni, ale co z pomaganiem „trudnym”. Zaczyna mi chodzić po głowie, co z pomaganiem takim niefajnym, takim nie po drodze … i pojawia się Ula. Ula to moja znajoma ze wspólnoty, pani w średnim wieku, która pomaga u Kapucynów na warszawskiej Starówce. Raz albo dwa razy w tygodniu jedzie na Miodową w Warszawie do kapucyńskiej kuchni gotować i do stołówki, by podawać bezdomnym zupę. Kuchnia to kuchnia, ale stołówka? Chapeau bas Ula! Ja nie jestem w stanie wytrzymać 5 sekund w tym zapachu kapucyńskiej stołówki, gdzie oprócz obiadu czuć potem, brudem niemytych ciał, moczem i nie wiem, czym jeszcze… Ula przekonuje „dałabyś radę”, ale ja jej nie wierzę… Ula, zbiera dla swoich bezdomnych ubrania wśród znajomych i corocznie chodzi z nimi na pielgrzymkę na Jasną Górę, co dla mnie jest już totalnym mistrzostwem świata, bo spędza z bezdomnymi swój wolny czas… Dla mnie to zupełnie niepojęte. Zapytana, dlaczego to robi powiedziała mi tak: „Zanim się zaangażowałam chciałam pomagać, chciałam być potrzebna. I wtedy stwierdziłam, że nic nie umiem, nie mam darów i, że jedyne, co umiem to umiem gotować. Do tego chorowałam ciężko i ta choroba mnie przynagliła, by zrobić coś dobrego. Pierwszy raz jak poszłam miałam strasznego pietra. Dziś wiem, że przychodzą do Kapucynów pomagać bardzo różni ludzie: profesor muzyki, studenci, mama wychowująca dzieci, która się wyrwała z domu łącznie grupa jakiś 70 osób, ale wtedy tego nie wiedziałam, bałam się jak będzie, czy dam radę. Stołówka – to schodzenie w dół jest najgorsze, nalewanie zupy dla 100 osób i roznoszenie jej. Trzeba to robić z miłością, a są tacy, co narzekają, choć wielu jest zadowolonych”. Ula mówi, że ta posługa jest dla niej trudna, ale z zadumą konstatuje, że „każda posługa jest bardziej dla mnie niż dla kogoś. Bóg daje mi dar – swoją łaską ogromną przez to, że jestem dla kogoś rozwija mnie. Dla mnie jest to, co otrzymuję to większy dar niż to, co robię - dla innych”.

JEŚLI NIE ZA BARDZO LUBIĘ LUDZI...

Ula pozostawia mnie w zadumie, a moje myśli szybują dalej z kolejnymi pytaniami, a co jeśli nie za bardzo lubię ludzi, albo inaczej lubię ludzi, ale mnie onieśmielają? Czy można pomagać ludziom nie mając z nimi kontaktu, albo robić coś dla ludzi bez ludzi? I pojawia ją się kolejne osoby Kasia i Krzyś. Kasia i Krzyś zamiast spędzać czas w przyjemny sposób choćby ze swoimi wspaniałymi psami husky prowadzą stronę internetową parafii. W relacjach z innymi oboje są dość nieśmiali, ale robią coś niesamowitego dla wielu i robą to, na czym doskonale się znają i co potrafią, coś, co robią zawodowo.

POMAGANIE ŁĄCZY

Prawdziwą  gamą dobroci i dobroczynności okazała się Misja „jesteśmy Razem” realizowana w mojej parafii. Raz w miesiącu wolontariusze chodzą do domów osób starszych i chorych, spędzają ze starszymi czas w kawiarence na robótkach ręcznych, śpiewaniu pieśni patriotycznych czy wykładach. Co miesiąc widzę różnych ludzi, różnych wiekiem, chłopaków i dziewczyny, mruków i takich, co to towarzystwo zawsze rozgrzeją do zabawy. Jedni tylko rozstawiają stoły w kawiarence inni grają w gry planszowe, parafialne babcie pieką ciasta dla innych parafialnych babć, którym stan zdrowia nie powala robić wypieków, a ci, którzy potrafią, chcą i czują się do tego powołani idą w odwiedziny do starszych i chorych w domach, także w domach opieki rozsianych na terenie parafii.  Kilkadziesiąt osób zaangażowanych w pomaganie, co miesiąc ofiaruje swój czas w wolne sobotnie popołudnie, różne zdolności i różne predyspozycje, a wszystko razem działa już kolejny rok.

NIE ZAWSZE SIĘ CHCE

I przypomina mi się inna historia już moja z dzieciństwa, kiedy to na obozie „Przymierza Rodzin” na dalekiej Suwalszczyźnie trafiliśmy do starszej pani. Mieliśmy poznać historię miejsca, a znaleźliśmy panią, której podwórko pełne było drzewa przywiezionego na opał i nie było, komu tego poskładać do komórki. Pamiętam, że uznałam na swój dziecięcy sposób, że trzeba pomóc tej pani powiedziałam o tym wychowawcom i namówiłam ich na pomaganie. Koledzy i koleżanki byli na mnie potwornie źli, że zamiast kąpać się w jeziorze my przerzucamy drewno na opał… ale pamiętam też, że nigdy nikomu z nas tak nie smakowały kiszone ogórki wyniesione przez babcię przed dom. Ogórki pachnące koprem i czosnkiem, dobrze ukiszone, nie za twarde nie za miękkie, pamiętam sok spływający po brudnych dłoniach i aromat unoszący się w powietrzu. Kiszone ogórki zostały w pamięci do dziś… wraz z refleksją, że pomaganie wymaga przełamania się. Czasem bywa trudno nie zawsze się chce, bywa, że lenistwo czy wygoda chciałoby nas zwolnić z obowiązku, powinności i życzliwości wobec drugiego. Czasem inni patrzą dziwnie, że chcemy pomagać wolna sobota, wolne popołudnie dla jakiejś babci i dziadka bliżej nieznanego poświęcać? Bywa też tak, że pomagamy nie do końca przekonani, że ta osoba potrzebuje pomocy – czasem po prostu potrzebuje, by ktoś jej poświęcił czas i z nią porozmawiał i to jest ta nasza pomoc. Czasem ten komu pomagamy bywa dla nas wyzwaniem zwłaszcza, gdy jest to ktoś chory i zupełnie inny od nas wtedy często odkrywamy jak wiele mamy i jak bardzo powinniśmy Bogu dziękować za to wszystko, czym nas obdarzył.

Nie wiem, jakie są wasze doświadczenia w pomaganiu, w waszej dobroci i waszej dobroczynności jednak pamiętajcie nic tak nie smakuje jak ogórki kiszone na podwórku babci na Suwalszczyźnie ten smak pozostaje w pamięci … i do dziś staje się impulsem dla POMAGANIA… ach te ogórki

 

Anna Gryżewska

Artykuł pochodzi z czasopisma Wzrastanie