Szpital na Banacha. Wspomnienia byłego kapelana.

Wspomnienie byłego kapelana

Z tego, co już dotąd napisałem, wynika, że historia parafii i szpitala ściśle się łączą. Wynika to z faktu, że już przed wojną zdecydowano o lokalizacji tu Świątyni Opatrzności Bożej, a w powojennej rzeczywistości teren ten stał się własnością Akademii Medycznej i jednocześnie znalazł się jakby w granicach rodzącej się tu parafii. W czerwcu 1975 r. po zbudowaniu pierwszej części szpitala (bloki A, B i C) przeniesiono tu chirurgię ze Szpitala Akademii Medycznej "Dzieciątka ]ezus" na Lindleya i od razu zostałem tam oddelegowany jako kapelan. Mocno wystraszony tym zadaniem udałem się po poradę do ks. Lucjana Święszkowskiego (obecnie infułat - ekonom Diecezji Warszawsko-Praskiej), który był kapelanem szpitala na Lindleya i miał duże doświadczenie. Odpowiednio mnie pouczył i tchnął ducha. Mam świadomość, że daleko mi do jego klasy, bo miał niezwykłą osobowość, co poświadczały pielęgniarki i lekarze, od góry do dołu!

Od początku Komunię św. zanosiłem codziennie z kościoła na Dickensa, bo nie było tu jeszcze żadnej kaplicy, a ja miałem dla siebie tylko jedną szafę w dyżurce na VIII piętrze (neurochirurgia). Niedługo odważyłem się odprawić tam pierwszą Mszę św. niedzielną (świąteczny bezruch i cisza) na hallu przy windach, a w "Ogłoszeniach" zapowiedziałem, że za tydzień będzie piętro niżej i tak dalej. Udało się, ale nie do końca. Z trzeciego piętra dano mi znać, żeby ich pominąć. Uszanowałem tę wolę i odtąd, już na stałe, "ulokowałem się" na siódemce. Dodam, że z czasem, po odwilży, owa ,,7" była jedną z najbardziej zaprzyjaźnionych klinik, a "opłatek" i "jajeczko" było z profesorem i całym personelem przez wszystkie lata. Nadszedł rok 1978 i pontyfikat Jana Pawła II oraz zapowiedzi jego pielgrzymki do Polski. Przyszedł mi pomysł, by to wydarzenie jakoś wykorzystać.

Brak kaplicy był oczywisty. Codziennie brałem z parafii Komunię św. dla ok. 100 osób i to tak wyliczoną, żeby nie zabrakło i nie zostało, co nie było łatwe. Spowiadałem tylko pokątnie. Pomysł był taki - poszedłem do dyrektora z następującą propozycją: "Papież rozpoczął pontyfikat od wizyty w szpitalu, u swego przyjaciela kard. St. Deskura, który nagle zachorował, a przy okazji spotkał się z chorymi i całym personelem w dużej kaplicy szpitalnej. Może być tak, że w Warszawie też zechce odwiedzić chorych, a jeśli tak, to gdzie jak nie na Banacha, w Centralnym Szpitalu AM? Wówczas najpierw musiałby zajść do kaplicy, a tej nie ma! Trzeba temu zaradzić!" Poskutkowało. Niebawem poproszono mnie i wskazano lokalizację: nad głównym wejściem do szpitala, na I piętrze bloku A, blisko dyrekcji, w bardzo dogodnym punkcie. Małe pomieszczenie (3x6 m) z zakrystyjką (Ix3 m). OK! Ale "tylko do modlitwy i rozmowy z pacjentami".

Proboszcz dał piękny krzyż i ołtarzyk z byłej, pionierskiej kaplicy na Dickensa. Ja zamówiłem tabernakulum i piękną drewnianą obudowę, i kaplica w komplecie. Oczywiście od razu zacząłem odprawiać Mszę św.: na co dzień wewnątrz, a w niedzielę na obszernym korytarzu obok (nie pytając nikogo, by nie stwarzać problemu). W nowo wybudowanym szpitalu nie było jednak krzyży. Teraz musiałem o to zadbać. Odczekałem do Wielkiego Postu. Nakupiłem ładnych drewnianych krzyży (25x15 cm) na cały szpital. W tygodniu własnoręcznie ponabijałem na głównej ścianie gwoździki do ich zawieszenia. W Wielki Piątek, podczas Liturgii świętej, poświęciłem je i rozdzieliłem po 30 na każde piętro (na sale chorych i dyżurki pielęgniarek) - razem 180 krzyży. Poprosiłem obecnych na liturgii pacjentów, by je zabrali i po-zawieszali bez mego udziału. Ja pozostałem w kaplicy. Po pewnym czasie dwaj chłopcy z laryngologii meldują, że na jednej z sal starszy pan ich skrzyczał i przepędził. Tak? Idziemy! Weszliśmy na salę, zawiesiłem krzyż i rzekłem: "Niech ręka Boska broni, żeby ktoś ten krzyż ruszył!" I wyszliśmy. Reakcji nie było i krzyż pozostał, tak jak wszędzie, do dziś. Chwała Bogu!

Podobnie było kilka lat później, gdy oddano do użytku Klinikę Chorób Wewnętrznych w bloku D. Najtrudniej było z gwoździkami, bo w betonową płytę bez tynku nie wchodziły. Ktoś wymyślił jakiś klej i się udało! Tak oto byliśmy "gotowi" na wizytę u nas Ojca Świętego, do której jednak nie doszło. Ale nasz szpital jest tuż obok al. Żwirki i Wigury, którą miał przejeżdżać papież. Udekorowaliśmy gmach (10 pięter) flagami papieskimi, narodowymi i maryjnymi od góry do dołu, naokoło! Wyglądało to pięknie. Personel w bieli wyległ na trasę dumnie, chorzy też. Ale jak tu zwrócić uwagę papieża na nasz szpital? Wyczekałem moment i tuż przed asystą motocyklową wskoczyłem przed papamobile wołając: "Szpital, szpital" i wskazując ręką kierunek. Poskutkowało! Uszło mi na sucho, ku radości wszystkich. Dodam, że cała trasa na odcinku naszej parafii (od Racławickiej do Banacha) była bogato wystrojona transparentami, flagami na słupach trakcyjnych i rozciągniętą galą chorągiewkową po obu stronach. Wkrótce nastał czas " Solidarności" . W Warszawie zbiegł się z nawiedzeniem obrazu MB Częstochowskiej. Jak przebiegało ono w naszej parafii (13 III 1981), opisałem to w innym miejscu. Było wspaniale! Ale nie przyszło mi do głowy o nawiedzeniu szpitala. Ksiądz Andrzej Grefkowicz, mój kolega z roku święceń, pracował w Kurii i kiedyś pyta mnie, dlaczego nie zadbałem o to, bo w którymś ze szpitali jednak się odbyło.

Ale akurat zaczął się stan wojenny. Mówi: "Nie szkodzi!" "Tak? Dobrze!" Zacząłem od dyrekcji. Z oporem, ale przyzwolili. W styczniu na jeden dzień. Postawiliśmy szpital na nogi: lekarze i pielęgniarki z " Solidarności" , duchowieństwo z bp. Kraszewskim na czele, pacjenci i goście z zewnątrz. I tu błąd. W swej naiwności ogłosiłem w parafii, że można przyjść na tę uroczystość do szpitala. Jakiś usłużny informator doniósł o tym do dyrektora. Ten wezwał mnie i skrzyczał: "W żadnym wypadku; gościom nie wolno!" Odwołać było trudno, choć czyniłem, co mogłem. Trochę jednak przyszło. Powitanie było uroczyste: najpierw przed szpitalem i procesyjne wejście. Obraz niosą, na zmianę lekarze (prof. Maksymowicz, prof. Bielawski i inni), pielęgniarki i pacjenci. Tronem dla Matki Bożej było łóżko szpitalne, pośród mnóstwa kwiatów. Powitanie przedstawicieli wymienionych pionów pracowniczych i chorych. Msza św. z homilią biskupa i Akt Zawierzenia. Potem odbyło się nawiedzenie chorych całego szpitala. Łóżko-ołtarz, było tak dobrane, że bez zdejmowania obrazu wjeżdżało się do windy i do każdej sali chorych. To było wydarzenie i przeżycie! Poszło sprawnie i w dobrym czasie. Cześć Maryi! Ksiądz Andrzejek triumfował. Ja też!

Niedługo potem oddano do użytku blok D z Kliniką Chorób Wewnętrznych i został mianowany drugi kapelan z Parafii Św. Franciszka na Okęciu (po 600 łóżek na każdego). Formalnie był nim proboszcz, ks. Ryszard Bieńkowski, a w jego imieniu posługę pełnił wikary, ks. Wojciech Zdziebłowski. Uznałem, że jest to dobra pora na prośbę o większą kaplicę. Obietnice były, nawet bardzo korzystne, ale na przyszłość. Tymczasem próbowano nas przenieść, ale na warunkach nie do przyjęcia. Trwało to kilka lat. Chorych przybyło tak, że i na co dzień trzeba było wyjeżdżać z ołtarzem (na kółkach lub na filcu) na korytarz. To samo z ławkami. Nie dawało mi to spokoju.

Wreszcie zdobyłem się na niezły wyczyn, jak się wkrótce okazało. Napisałem petycję do dyrekcji o powiększenie kaplicy o przyległy korytarzyk z rozebraniem ścianki działowej i zamontowaniem od frontu szerokich przeszklonych drzwi. Na niedzielnej Mszy poprosiłem ludzi o podpisy pod nią (blisko 100 osób) i złożyłem do kancelarii. Zrobiło się wielkie trzęsienie ziemi. "Jak można chorych ludzi poddawać takim stresom!" Ostra interwencja do Kurii. Skończyło się na naganie z wpisaniem do akt personalnych szpitala z groźbą natychmiastowego zwolnienia w przyszłości. Na pewien czas przycichłem, ale swe obowiązki wykonywałem bez przeszkód. Wreszcie przyszła odwilż roku 1989, a rok wcześniej, decyzją Kurii Metropolitalnej kapelanem bloku D został ks. Władysław Grędowski z zamieszkaniem w Parafii Zwiastowania Pańskiego na Gorlickiej. Po kilku latach wróciliśmy do idei nowej kaplicy. Dyrekcja zgodziła się, ale w swojej wersji, w bloku D. Postawiłem jednak warunek, że dodadzą nie tylko ów barek, lecz całe jego zaplecze... i zgodzono się! To znacznie zwiększyło powierzchnię kaplicy, plus zakrystyjka i schowek. Zrobiliśmy spory remont (ławki, witraże, ambonka, wystrój). Natomiast na dawnym miejscu wkrótce zrobiono tak jak proponowałem: korytarzyk zamurowano, nawet bez luksferów i brak powietrza czy światła nikomu już nie szkodzi. 

Mniej więcej w tym też czasie zaczęliśmy nazywać nasz szpital "Szpitalem Opatrzności Bożej", nawiązując niejako do starej tradycji: "Szpital Dzieciątka Jezus" , "Szpital Przemienienia Pańskiego" itp. W 2003 r., gdy skończyłem 65 lat, zgłosiłem osiągnięcie wieku emerytalnego i 31 grudnia zostałem zwolniony.

Zastąpił mnie ks. Jacek Wardęski, którego jeszcze jako diakona wprowadzałem w tajniki posługi kapelańskiej. Wkrótce potem (a nawet już wcześniej) ks. Władysław zaczął przewlekle chorować i po wielu urlopach chorobowych przeszedł na stałą rentę, a kapelanem w jego miejsce został ks. Mariusz Bernyś, zam. w Parafii Królowej Świata na Opaczewskiej.

Natomiast ks. Jacek Wardęski dokonał wielkiego dzieła, całkowicie odnawiając kaplicę, radykalnie zmieniając jej wnętrze według najnowszych wzorów. Wygląda ładnie. Otoczenie też. Duszpasterska posługa, jak słyszę, również wzorowa. Gratuluję!

Ja o sobie mogę powiedzieć, że dobrze się czułem w roli kapelana chorych. Posługa ta przyniosła mi wiele radości. Chorzy potrzebują czułej i ciągłej troski, indywidualnego podejścia i umocnienia w wierze. Mam nadzieję, że w jakiejś mierze temu sprostałem. Odbywało się to według tygodniowego grafiku: rano, od godz. 6.00 obchód z Komunią św. po trzy piętra na zmianę po dwa razy, a w niedzielę do wszystkich, zawsze tak, by zdążyć przed porannym obchodem i śniadaniem chorych, z przerwą w poniedziałek i czwartek. Podobnie obchód wieczorny: codziennie na innym piętrze oprócz środy i niedzieli, bez komży i bursy, tylko rozmowa z pacjentami na każdej sali, nieraz dość długo. Często połączone to było ze spowiedzią (przy łóżku, gdzieś na korytarzu lub w dyżurce). Wieczorem o godz. 19.00 codzienna Msza św. w kaplicy, poprzedzona spowiedzią w zakrystyjce. Również krótkie, ogólnie przyjęte nabożeństwa i pogodne śpiewanie dla radości ducha. Udało się zorganizować tzw. różaniec nieustający za Kościół i Ojca Świętego raz w tygodniu o tej samej ustalonej godzinie. Papieskie błogosławieństwo dla tak modlących się wisiało w kaplicy.

Z chwilą, gdy było nas dwóch kapelanów, były też i po 2 Msze św.: w niedzielę o godz. 9.00 i 10.00 a w tygodniu o 15.00 i 19.00, z małymi odchyleniami. Było też trochę czasu wolnego na relaks w tygodniu i na urlop w ciągu roku, dzięki Bogu! Nie uważałem się zbytnio za kapelana szpitala i choć nie można było od tego uciec, to nie przychodziło mi to łatwo. Natomiast udawało mi się łączyć posługę kapelana z posługą duszpasterską w Parafii Opatrzności Bożej, w którą wrosłem przez 28 lat rezydencji i różnorakiej aktywności. Dodam, że powoli zżywam się z obecną parafią na Okęciu, ale już inaczej, bo i wiek znaczny, i koniec coraz bliższy.

Deo gratias! Ave Maria.

Ks. Stefan Roguski (21.06.2011 r.)

źródło: 50 lat Wspólnoty Parafialnej Opatrzności Bożej na Rakowcu w Warszawie 1962 - 2012 pod red.Elżbiety Mycielskiej - Dowgiałło, Warszawa 2012


SAMODZIELNY PUBLICZNY CENTRALNY SZPITAL KLINICZNY - SZPITAL WUM

02-097 Warszawa, ul. Banacha 1a Kaplica pw. Opatrzności Bożej

Zakrystia: tel. 22 599 11 16 Msza św. w niedz. i święta o godz. 9.00, 10.00, w dni powszednie o godz. 15.00

Kapelan: Ksiądz Jacek Wardęski,

zam. 02-107 Warszawa, ul. Dickensa 5

tel. 22 659 66 58; 509 076 846

Ksiądz dr Mariusz Bernyś,

zam. 02-372 Warszawa, ul. Opaczewska 20 tel. 887 665 234

źródło: http://www.archidiecezja.warszawa.pl